Kobieta w zwiewnej sukience siedzi na postumencie, z założonymi nogami. Delikatnie odchyla się do tyłu

Fot. Paweł Igielski

Historia Magdy

W kwestii utraty włosów na skutek leczenia, w moim przypadku finalnie zadziałał czepek chłodzący, ale włosy się przerzedziły. Gdy zaczęły wypadać i nie wiedziałam, na jakim etapie ten proces się skończy, był strach. Byłam przerażona, czułam się odarta z kobiecości, zwłaszcza, że pozostałe atrybuty kobiecości też znikały (rosła waga, wypadły brwi i rzęsy).

Szybko zdobyłam perukę, ale świadomość, że to nie są moje włosy, była przerażająca. Bałam się, że się załamię gdy wypadną mi włosy i nie będę atrakcyjna, nawet dla siebie. Widziałam, jak strasznie (tak, dla mnie strasznie) wygląda twarz bez brwi i rzęs, więc tym bardziej przerażała mnie wizja łysej główki.
Choroba onkologiczna miała bardzo duży wpływ na moje poczucie kobiecości. Na początku było ok, ale to pierwsze dwa tygodnie. Potem zaczęły się przerzedzać włosy, wypadły brwi i rzęsy, puchłam i tyłam do dwóch kg na tydzień, przestałam mieścić się w największe ubrania, jakie znalazłam w szafie. Jeśli już coś było na mnie dobre — chodziłam w tym non stop. Pieniądze oszczędzałam na leczenie, poza tym cały czas miałam w głowie, że schudnę, więc nie chcę tych rzeczy kupować, skoro są tylko na chwilę.
Oprócz zbędnych kilogramów, twarzy bez brwi i rzęs, z połową swoich włosów, groziła mi mastektomia bez rekonstrukcji i utrata węzłów chłonnych z lewej ręki. Byłam przez chwilę załamana, bo nie chciałam zostać okaleczona. Do tego wszystkiego czekałam na wynik genetyczny — czy nie jestem obciążona mutacją BRCA1/BRCA2. Oznaczałoby to zwiększone ryzyko raka jajników, czyli wycięcie ich do 35 roku życia Dziś mam 33, a po zakończonym leczeniu trzeba odczekać dwa lata, by próbować zajść w ciążę — miałabym wtedy 35 lat czyli trzeba by wycinać jajniki.
Łącząc wszystko – nie czułam się w ogóle atrakcyjna. Były dni, gdzie omijałam lustra szerokim łukiem i miałam ochotę je wszystkie zakryć prześcieradłami. Poczucie kobiecości zostało mi zabrane szybko i w wielu sferach:

  • waga;
  • możliwość posiadania dzieci;
  • utrata brwi i rzęs oraz przerzedzenie włosów;
  • mastektomia bez rekonstrukcji (wszystko na szczęście skończyło się dobrze, jest implant);
  • wycięcie węzłów chłonnych z lewej ręki (limfadenektomia).

Jestem osobą wolną, niezamężną. To wszystko sprawiło, że poczucie, że zostanę sama do końca życia się nasilało — no bo kto będzie chciał grubą, prawie bez włosów, być może bez możliwości posiadania dzieci, siedzącą do końca życia na bombie (nigdy nie wiadomo czy i kiedy pojawi się przerzut i zaczyna się leczenie od nowa) i nie daj Boże bez piersi? (Dobrze, że ten jeden aspekt udało się ominąć).
Moim marzeniem zawsze była własna rodzina- z gromadką dzieci :)
Zmiany zachodzące w moim ciele nauczyłam się akceptować dzięki przyjaciołom, którzy bardzo mnie wspierali i cały czas wspierają. Przypominają mi, że bycie kobietą to nie wygląd, że kobiecość wychodzi ze środka, że jeśli ktoś mnie pokocha – to pokocha taką, jaka jestem, nie ważne czy z piersią czy bez itp. Jest to trudne do przestawienia w głowie, zwłaszcza w dzisiejszym świecie, gdzie mężczyźni są wzrokowcami, a z każdej strony otaczają nas okładki i zdjęcia pięknych kobiet z idealną figurą i pięknym życiem. Ale udaje się. Ponownie uczę się kochać siebie, co jest chyba najtrudniejsze. Ale dzięki cudownym ludziom, których mam wokół siebie, milionom rozmów z nimi wierzę, że fizyczność to tylko dodatek do naszego wewnętrznego piękna.
Korzystam też z pomocy psychologa, ale najważniejszym aspektem dla mnie są ludzie, którzy mnie akceptują taką, jaka jestem, a jeśli trzeba coś zmienić, to komunikują to w taki sposób, że człowiek czuje się wzmocniony jak mało kiedy.

Magda