Kobieta bez z łysa główką stoi na niskim postumencie. Pochyla się lekko do przodu, ze skrzyżowanymi nogami. Ręce ma uniesione niczym skrzydła. Delikatnie się uśmiecha.

Fot. Paweł Igielski

Historia Marysi

Bardzo chciałam zachować włosy mimo wszystko — stosowałam czepek chłodzący, mimo że był bardzo niekomfortowy. Jednak włosów ciągle ubywało i po pewnym czasie nie było już jak ukryć łysinki na czubku głowy.

Zdecydowałam się wtedy ogolić na zero. Nie była to radosna decyzja, bo od wielu lat hodowałam długie włosy, które były moim znakiem rozpoznawczym… Do tego obawiałam się, że będę po prostu brzydko wyglądała. Ale nie było łez ani rozpaczy, ot — praktyczne podejście do tematu. Dla zachęty powtarzałam sobie, że prawdopodobnie nie będę miała już takiej drugiej okazji, żeby zobaczyć, jak wyglądam łyso :) No i porównywałam się do takich postaci fikcyjnych, jak G.I. Jane czy Cesarzowa Furiosa z filmu „Mad Max” :)
Najpierw nagrałam krótki filmik, w którym żegnam się z włosami, potem w trakcie golenia robiłam zdjęcia dokumentujące ten proces. Na koniec — sto zdjęć na łyso! I szczerze mówiąc, gdybym wiedziała, że na łyso jest tak fajnie, komfortowo i przyjemnie (szczególnie latem), to ogoliłabym się już o wiele wcześniej.
Włosy są SYMBOLEM kobiecości; podobnie też inne atrybuty, takie jak np. pomalowane paznokcie, długie rzęsy albo noszenie sukienek. Ale przecież nie każda kobieta ma długie włosy i pomalowane paznokcie… Tak właśnie wygląda sytuacja z symbolami — mają tyle treści, ile sami im nadamy. Jedna kobieta nie wyjdzie z domu bez makijażu, bo dla niej to symbol kobiecości; ale dla innej będzie to po prostu nie pomalowanie się, a nie tragedia. Podobnie jest właśnie z włosami: ich utrata jest na tyle bolesna, na ile pozwoliliśmy długim włosom stać się symbolem kobiecości. A na szczęście każda osoba może samodzielne te symbole obierać. Dlatego rozumiem, że dla niektórych kobiet utrata włosów, rzęs, brwi i często też paznokci jest olbrzymią traumą — dla mnie, na szczęście, te atrybuty nie stanowią symbolu kobiecości.
Co zatem go stanowi? Nad tym też się zastanawiałam, ale znalazłam odpowiedź podczas dnia na planie zdjęciowym w studio w Krakowie :D Odkryłam tam zupełnie nowe dla mnie oblicze kobiecości — takiej dojrzałej, polegającej na stworzeniu społeczności i wzajemnego wsparcia wewnątrz tej grupy. Dotychczas nie miałam styczności z takim wsparciem, i było to dla mnie wręcz wstrząsające doświadczenie — jak kobiety mogą sobie pomagać, jak tworzą więzy nie konkurencji, ale wzajemnego wspierania się, pełnego ciepła i akceptacji. Teraz właśnie to stało się moją definicją kobiecości, nie włosy czy paznokcie.
Choroba nie tyle wpłynęła na mnie fizycznie, co psychicznie. Z powodu pandemii Covida odizolowałam się od innych (mieszkam sama), często przez kilka dni nikogo nie spotykałam i z nikim nie rozmawiałam. Spowodowało to, że czułam się jakby na bocznicy głównych torów życia — jakbym do tego ruchliwego, pracowitego życia już nie należała, tylko obserwowała je z boku. Podobnie było z kwestią kobiecości i atrakcyjności – były to cechy tego świata, do którego już nie należałam; nie czułam się już jak kobieta, tylko bezpłciowy pacjent.
Z drugiej zaś strony — dzięki chorobie i temu „przestojowi na bocznicy” miałam możliwość lepiej przyjrzeć się sobie i popracować nad samoakceptacją. Bez włosów, bez makijażu, bez nienagannej figury — okazywało się, że nadal jestem sobą. A jestem kobietą, i czuję to w środku, na tyle mocno, że nie muszę tego widzieć w lustrze. Do tego odkryłam, że bycie łysą jest w pewnym sensie seksowne — a w tańcu daje mi więcej ekspresji, niż kiedy byłam bardziej „kudłata” ;)
Podsumowując, moja relacja z moją kobiecością jest nadal dynamiczna… i mimo nieraz ogarniającego mnie żalu za tym, co straciłam, to coraz bardziej lubię siebie taką, jaką jestem teraz.
Podstawowym pytaniem, które sobie zadawałam, było — na ile mój wygląd zewnętrzny kształtuje to, kim jestem? I ile z tego wyglądu można mi odebrać, żebym przestała czuć się sobą?
Kiedy obserwowałam zmiany w moim ciele, na początku rodził się we mnie bunt, gniew i żal. Ale z czasem mijały, bo uświadamiałam sobie, jakie są dziecinne… Banalna prawda, że liczy się wnętrze, okazała się nie być taka banalna, tylko naprawdę głęboka! Dlatego przestałam wygrażać niebiosom za każdy dodatkowy kilogram, za każdą kępę wypadniętych włosów, za każdą nową zmarszczkę, a zaczęłam się zastanawiać więcej nad tym, jakim człowiekiem jestem, jakim chciałabym być i co muszę zrobić, aby ten cel osiągnąć. Do tego przyjęłam zmiany w moim ciele jako lekcję pokory wobec rzeczy, na które nie mam całkowitego wpływu, tylko częściowy. Jeszcze przed chorobą wyglądałam na o wiele młodszą, niż byłam, miałam świetną formę, żyłam aktywnie, zdrowo się odżywiałam… ale i tak zachorowałam, i straciłam wiele z tego, czym się tak chlubiłam. Część z tych rzeczy, takie jak forma czy aktywne życie, mogę dzięki żmudnej pracy odzyskać, ale nawet po zupełnym wyzdrowieniu myślę, że choroba pozostawi na mnie swoje piętno. Ale ja tego piętna nie będę chciała już usuwać — wolę, żeby mi przypominało o wszystkim tym, czego choroba mnie nauczyła, o tej lekcji pokory i dojrzałości, której nigdy nie chciałabym zapomnieć.

Marysia