Fundacja Podaruj Życie - białaczka, przeszczep szpiku - Fundacja dzieciom OPP Urszuli Smok

numer konta

Jestem dawcą szpiku

Mój brat Krzysztof mając 29 lat zachorował na ostrą białaczkę szpikową. Miał żonę i dwójkę małych dzieci. Dla nas wszystkich był to szok. Przebywał na oddziale hematologii krakowskiego Szpitala Uniwersyteckiego, był poddawany kilkakrotnej chemioterapii. Lekarze pocieszali nas, że jest młody i ma dwie siostry. Jeśli któraś z nas będzie miała zgodność tkankową z bratem, istnieje duża szansa na udany przeszczep.
W pewnym momencie leczenia wysłano brata, moją siostrę i mnie na badania. Pobrano krew i kazano czekać. Po paru dniach otrzymaliśmy wynik: ja mogę być dawcą. Ucieszyłam się.

Było to na wiosnę, ja byłam na piątym roku studiów, pisałam pracę magisterską. Spieszyłam się z obroną, bo wiedziałam, że w każdym momencie możemy dostać wiadomość o wyjeździe do Wrocławia na przeszczep. Dyplom obroniłam w pierwszym możliwym terminie, zaczęłam pracować i wtedy nadeszła wiadomość z Wrocławia: teraz nasza kolej.

Szybko zaaklimatyzowaliśmy się we wrocławskim szpitalu. Panowała tam niepowtarzalna, rodzinna atmosfera. Rodziny chorych przebywały na oddziale całymi dniami. Wspólnie przeżywaliśmy chorobę i cierpienie każdego z pacjentów. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie jak ważne jest w tym momencie moje życie - gdyby wtedy coś mi się stało, mój brat straciłby szansę. Idąc ulicą z niepokojem patrzyłam na nadjeżdżające samochody bojąc się, aby któryś z nich mnie nie potrącił.

Lekarze zdecydowali, że przeszczep odbędzie się metodą leukaferezy (separacja komórek szpiku z krwi obwodowej). Wcześniej zrobiono mi jeszcze kilka podstawowych badań i pobrano ok. 0,5 l krwi, aby podać mi ją bezpośrednio po pobraniu szpiku. Pięć dni przed przeszczepem (mój brat był wtedy już na separatce) dwa razy dziennie dostawałam zastrzyki z czynnikiem wzrostowym (Neupogen). Niektórzy ostrzegali mnie przed złym samopoczuciem w trakcie podawania Neupogenu, ale ja przeszłam to zupełnie "bezboleśnie", chociaż same zastrzyki nie były przyjemne. Czym jednak to było wobec cierpienia mojego brata, który poddawany był wtedy bardzo ostrej chemioterapii, miał ciągłą biegunkę i wymioty.

Nadszedł w końcu dzień przeszczepu - wkłuto mi dwa wenflony, posadzono na wygodnym fotelu i podłączono do aparatury. Krew z jednego przedramienia jest prowadzona wężykami do urządzenia, które wychwytuje potrzebne komórki szpiku, a następnie jest odprowadzana do drugiego przedramienia. Spędziłam w tej pozycji 3 godziny czytając gazety rozmawiając. Znajomi z oddziału przychodzili zapytać jak się czuję i jak leci. Jedna z pań odpowiedziała za mnie: "jak się ma czuć - przecież daje życie bratu". Popatrzyłam na woreczek, w którym zbierały się komórki wyseparowane z mojej krwi - przeźroczysto-żółtawy płyn wyglądał tak niepozornie, a znaczył tak wiele - życie.

Po skończonej separacji nie wyjęto mi wenflonów, ponieważ liczono się z koniecznością powtórzenia sesji w drugim dniu ze względu na znaczną różnicę wagi pomiędzy mną, a bratem ( ja ważyłam pięćdziesiąt parę kilo, brat ok. 100 kg). To był jedyny nieprzyjemny dla mnie moment. Ręce miałam obolałe od grubych wenflonów wkłutych w przeguby łokci i musiałam z nimi wytrwać do następnego dnia. Na drugi dzień powtórzono separację, która trwała nieco krócej niż poprzednia. Bezpośrednio po pobraniu komórek szpiku podawano je w kroplówce mojemu bratu, ale my w tym nie mogliśmy uczestniczyć, gdyż na oddział transplantacji nie wolno wchodzić. Tego samego dnia podano mi moją krew, aby organizm szybciej zregenerował ubytki. Mogłam już opuścić szpital.

Dzień przeszczepu dla chorego to tak zwany dzień "0". Następne dni niosą niepewność i strach czy szpik się przyjął i czy zaczyna "pracować". Badania wykonywane w kolejnych dniach wskazywały na to, że w przypadku mojego brata wszystko jest na dobrej drodze.
Rok później świętując swoje 30-te urodziny Krzysztof żartował, że nie wie którą rocznicę ma teraz obchodzić - tę, kiedy przyszedł na świat, czy tę, kiedy "narodził się znów".

Od czasu przeszczepu minęło już 8 lat. Wyniki badań kontrolnych Krzysztofa są dobre. Cieszy się dobrym zdrowiem i widokiem dorastających dzieci.
Jeśli chodzi o mnie to pobranie szpiku nie miało żadnego istotnego wpływu na moje zdrowie. Organizm bardzo szybko zregenerował ubytki. Niedługo po przeszczepie założyłam rodzinę, urodziłam zdrowego synka, a teraz spodziewam się drugiego dziecka.

Jestem pewna, że jeśli jeszcze raz mogłabym oddać szpik, aby komuś (także obcej osobie) ratować życie, nie wahałabym się ani chwili.

Małgorzata