Fot. Paweł Igielski

Historia Marzeny

Najtrudniejsza była dla mnie świadomość, że włosy zaczną wypadać. Pamiętam sny, w których stawałam przed lustrem i garściami wyciągałam włosy z głowy. Pierwszym krokiem w oswojeniu nadchodzącej rzeczywistości było przymierzanie turbanów, gdy jeszcze włosy nie zaczęły wypadać. Okazało się, że nie będę wcale tak źle w nich wyglądać.

Trzy tygodnie po pierwszej chemioterapii włosy zaczęły się kruszyć i wypadać. Nie czekając aż pojawią się łyse prześwity, poprosiłam mojego partnera o pomoc w ogoleniu głowy. Podeszliśmy do tego z poczuciem humoru, skracając włosy do długości różnych fryzur, robiąc zdjęcia i zastanawiając się, jakie fryzury będą mi w przyszłości pasować. Takie podejście bardzo mi pomogło mi w miarę bezboleśnie przejść ten dość trudny etap.
Przed chorobą miałam długie włosy, prawie do, miałam brwi i rzęsy – atrybuty kobiecości, z których jesteśmy dumne i o które dbamy. Ich utrata była trudna, a do tego była połączona ze złym samopoczuciem oraz lękiem towarzyszącym chorobie nowotworowej.

Teraz czuję się inaczej, ale raczej nie mniej kobieco. Głównie dzięki mojemu partnerowi, który często mi powtarza, że dla niego jestem dalej piękna i atrakcyjna, i że mój obecny wygląd jest tymczasowy. Oboje cieszymy się ze świeżo odrastających włosów, a przede wszystkim z mojego zdrowienia.
Aby akceptować zmiany w moim ciele, staram się praktykować mindfulness, sztukę uważności. Jednym z jej elementów jest akceptacja tego co jest tu i teraz. Jest to często trudne, ale bardzo pomogło mi przejść czas leczenia. Gdy mam gorszy dzień i patrząc w lustro nie podoba mi się moja łysa głowa, staram się życzliwiej na siebie spojrzeć i powtórzyć sobie, że moje życie dzieje się w teraźniejszości, w pojedynczych, bieżących chwilach i że mam prawo się smucić i złościć, ale że nawet ta chwila jest ważna.

Marzena